Pokazywanie postów oznaczonych etykietą decoupage. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą decoupage. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 3 stycznia 2013

Obiecywany wcześniej prezent.


Niedawno pisałam Wam o przyjęciu kawowym moich córek. Na święta przygotowałam dla nich dodatek.
Ponieważ do Wigilii zasiedliśmy w tym roku u moich rodziców, a prezent należał do gabarytowych, Dzieciątko pomyślało, żeby podłożyć go jednak pod naszą hipsterską choinkę.

 Nim zdążyłam złapać aparat, Zośka już wiedziała, że to stolik. Jak wiadomo stoliki istnieją po to by pod nie wchodzić. I można stwierdzić, że jest to ich główne zadanie.
 Marianna z ogromną cierpliwością zajęła się kokardą. Och wiem, powinnam się bardziej postarać, ale najważniejsze, że była czerwona.
 Czasem pomoc siostry jest nieoceniona.
 Grunt to współpraca.
 Na stoliki jak wiadomo można również wchodzić. Jest to ich drugie najważniejsze zastosowanie, zaraz po wchodzeniu pod nie.
 Marianka od pewnego czasu wykazuje ciągoty do włóczki. Rozpiera mnie duma! Wyjdzie na ludzi. Żeby tylko czasem dała się uczesać.
 Czekałam cierpliwie, a dziewczyny wymieniały się doświadczeniami.
 Jak wspominałam, było to już po oficjalnej Wigilii, więc stroje nieco rozluźnione.
 Fryzura przynajmniej jednej z moich córek się utrzymała.
 Przyznaję, że trochę musiałam podpowiedzieć, żeby zajrzały pod papier.
 I chyba nie żałowały...
 Tu już nie trzeba chyba nic dodawać:



 A nazajutrz rano:

Smacznego, Dziewczynki!!

wtorek, 18 grudnia 2012

Przyjęcie kawowe

Nie będę Wam wmawiać, że to najnowsze zdjęcia moich córek... tak bawiły się wczesną jesienią
Dawno temu Dziadkowie przywieźli Zosi z dalekiej wyprawy serwis kawowy. Teraz dziewczyny bawią się już we dwie. I Zofka poucza siostrzyczkę:
-Wiesz, w Holandii są mniejsi od nas.
Zgodzicie się, że czegoś im jeszcze brakuje do fajnej zabawy? Nie chodzi mi o piękną serwetę, chociaż pewnie gdyby przykryła stołeczek (to jedyny stołek, po którym dzieci mogą w domu pisać i póki co to działa; polecam!) to już było by lepiej.
W przygotowanie tegorocznego prezentu pod choinkę zaangażowałam całe Gliwice, a także Dobrodzień, Katowice, a nawet Szczecin. Wszystkim bardzo dziękuję za wsparcie, inspiracje, porady i pomoc.
Najbardziej Panu M., który i tak nie czyta, ale się naszlifował, że hej!
Mogę Wam napisać, że dziewczyny dostaną wydekupażowany stoliczek, ale jeszcze go do Wigilii nie pokażę. Po pierwsze dlatego, że nie mam jak go sfotografować (stoi obrócony blatem do ściany pod suszarką na pranie - najbardziej zainteresowane nawet nie wiedzą, że w chowanego bawią się koło prezentu świątecznego). Po drugie dlatego, że mogłyby zajrzeć i podglądnąć (nie, one też nie czytają mojego bloga, ale czasem zaglądają przez ramię mi, albo swojej Babci, która nadrabia za całą rodzinę). No i najważniejsze - nie pokazuję prezentu, nim nie zobaczą go obdarowane.

niedziela, 16 grudnia 2012

Slot shopka

 Macie wrażenie, że przez to całe zabieganie ludzie oddalają się od siebie i coraz mniej czasu spędzają razem?
Slot shopka to gliwicka inicjatywa, która ma temu nieco zapobiec. Spotkał mnie w tym roku ogromny zaszczyt, zostałam bowiem poproszona o przeprowadzenie warsztatów dziewiarskich.

Wszystkie wiemy, że nie sposób w jedno popołudnie nauczyć grupy ludzi robienia na czymkolwiek, z czym nie mieli wcześniej do czynienia - jak druty czy szydełko. Miłość do dziewiarstwa można jednak zaszczepić i bez używania narzędzi - czyli bez kija.


Felicja z mamą wykonały kowbojską chustkę, a u Danusi (zajrzyjcie koniecznie!!) zrobiły zakładkę.


Tu koleżanki z wybitnej sosnowieckiej uczelni ;-D robią szalik wspólnie i w porozumieniu. Pamiętajcie, że robiąc na paluszkach z włóczki typu batik w której kolory płynnie w siebie przechodzą warto robić z potrójnej nitki. Jak to zrobić? Stosując taki bardzo rozciągnięty łańcuszek wykonany za pomocą palców. Wielkość oczek nie ma znaczenia. Często wykorzystuję ten sposób też przy robótkach na drutach.

No i na koniec Magda i Michał. Spotkanie tej dwójki utwierdziło mnie w kilku przekonaniach, które dawno w sobie nosiłam:


  • w ciągu jednego popołudnia, ba! specjalnie sprawdziłam godzinę wykonania zdjęcia - w ciągu godziny i czterech minut, można nauczyć się i wykonać coś sensownego - tu komin; poniżej zdjęcie z guzikami przysłane przez Magdę z domu;
  • szybkie efekty mobilizują!
  • warsztaty z ciekawymi ludźmi dają mi równie wiele jak im, albo i więcej;




Motek rewelacyjnej włóczki Polly, dostępnej u p. Ilony wystarczył na stworzenie szyjogrzeja.
 Moje zdjęcia mogą sugerować, że na slot shopce było cicho i spokojnie i było nas w sumie ośmioro. Nic bardziej mylnego. Mam nadzieję, że za niedługo pojawi się jakaś galeryjka, to sobie pooglądacie.

czwartek, 4 października 2012

z życia pozadrutowego

Kiedy moja serdeczna przyjaciółka pierwszy raz opowiedziała mi o decoupage'u pomyślałam: "Ło, Matko Kochana! A cóż to może być za wielka sztuka, jeśli okleja się coś serwetkami? Ileż może być w tym tfurczego zaangażowania?"
W ubiegłym roku w ramach artNocy brałam udział w warsztatach zorganizowanych przez Dom Kultury, ale w Gliwicach. W strasznych bólach stworzyłam parę kolczyków. Fatalna jakość zdjęcia, przykrywa niedoskonałości techniki.
Dzięki warsztatom dotarło do mnie jedno: wcale nie tak łatwo wymyślić jak to wszystko pięknie poukładać.
Kolczyki trafiły wraz z podziękowaniami za zainfekowanie do ww. Kobietki.
A moje uczucie do decoupage'u dojrzewało. Wyrażało się to głównie w początkach serwetkozy (myślę, że znacie to uczucie, kiedy ma się więcej materiałów, niż czasu by je wykorzystać. Ostatnio czytałam o włóczkozie (obserwuję u siebie ostre stadium!!), myślę, że to tak jak grypa ma te swoje odmiany jak AH1/N1 to magazynowanie zapasów do rękodzieła też mam różne odmiany, ale w gruncie rzeczy to to samo). Wracając do tematu... Zbierałam serwetki. Kupowałam całe opakowania i serwetki na sztuki, i rozdawałam, i dostawałam.
Przełom nastąpił kiedy kupiłam pierwszy lakier. Kleju magic nie wymieniam jako przełom, bo okazał się niezastąpiony przy naprawianiu książek - chyba zresztą takie jest jego pierwotne przeznaczenie - więc zakupu nie traktuję jak wydatku związanego z hobby.
No właśnie hobby. Na drutach robię już tak dużo, że czasem muszę odpoczywać.
Na początek podecoupażowałam pudełka po butach i puszki po mleku Mani. Tak na  rozgrzewkę. Nawet specjalnie nie lakierowałam mocno, bo nie były to bardzo udane próby. Zrobiłam też konewkę (zwróćcie uwagę na mistrzynię drugiego planu).




Klasyka gatunku.
Przykrym tym razem przełomem był wypadek, o którym Wam pisałam. Po wypadku siedziałam w domu , a jednocześnie nie bardzo mogłam się skupić na dzierganiu, dlatego zabrałam się do szafki, która długo na mnie czekała.
Dostałam ją po Dziadku...
Jeszcze tylko wystarczyło ładnie poprosić wnuka tego Dziadka, żeby pozakłócał wiejską ciszę, a potem pojechał po farbę.

 Mnie samą również zaskoczył... nie wiem czy bardziej kolor czy mąż. (Powyższe zdjęcie nie jest w żaden sposób obrabiane!!) Pierwotnie szafka miała stać w przedpokoju i być biała przecierana na fioletowo. Hmm...
 Mimo, iż w przyszłości miała być cała biała (a konkretniej Babioletnia - bo kolor nazywa się babie lato) zabezpieczyłam ciemne części taśmami.
 Co niemal nic nie dało... Na tym zdjęciu widać również muchę, ale to zdjęcie z lata. Czy u Was też są jeszcze muchy? Kolor szafki powyżej jakby zbyt czerwony.
 Tu lepiej oddaje rzeczywistość. Nie mam pojęcia, po co ozdabiałam plecy szafki ale wyszły przepięknie.
 Gdyby ktoś mi zarzucił, że to jest blog drutowy spieszę wyjaśnić, że szuflady idealnie nadają się na druty i kordonki.
Szafka nie stanęła w przedpokoju. I póki co nie będzie biała. Dam jej dwa lata. Kiedy mi się znudzi taka pomaluję ją i zrobię wymarzony shabby chic. Ponieważ w ostatecznym miejscu nie widać pleców przemalowałam przody szuflad. Przy okazji skutecznie zepsułam boki tym razem zaciekło mi na jasną część.
A na dole czekają już kolejne pudełeczka do ozdobienia...
Może nie tak źle jak na początek. Jak myślicie?


środa, 28 marca 2012

Obiecana relacja z przygotowań do wystawy.

Jak już pisałam w ubiegłą sobotę w Dobrodzieniu miała miejsce wystawa sekcji rękodzieła. Kto nie miał okazji jeszcze przeczytać zapraszam tu i tu

A tu kilka zdjęć z przygotowań do wystawy.
 Pytanie: Co tu się stało??

A tu może bez pytań....
 
 Nieocenieni (od lewej:) pan Przemek i pan Ginter
 Pan Ginter, który załatwił ramy nawet wcześniej niż na poniedziałek...

 Pan Przemek, który dopomógł przy instalacji (zwłaszcza przy wymyśleniu tego słowa).
 Akwarium. Napar z ziółek przygotowanych przez Teresę. Pycha! To dlatego Teresa cały czas ze szklanką.





 A to my niemal w komplecie! Niemal, bo w każdej chwili można się do nas przyłączyć.


 Rutka. I wszystko hand made. Chyba oprócz koszyczka. A o samej wystawie można przeczytać  
tu i tu