środa, 21 listopada 2012

Awantura o Basię

"... Jak spoza ciężkich, czarnych, burzliwych chmur słońce wreszcie jasną smugą wytryśnie i ozłoci ślady klęski i zniszczenia, tak i w tej opowieści przewalić się muszą chmury przez pierwsze stronice jak przez czyste obszary nieba. Jak w życiu, jak w życiu... Jedna szczęśliwa godzina rodzi następną znaczoną łzami, aż smutek zelżeje i znowu jasną godzinę przywoła. Nie cenilibyśmy radości, gdyby była wiecznotrwała i snuła się nieprzerwanie. Gorycz bólu i dotkliwość cierpienia tym słodszą nam czynią radość, co się zjawi. Nie byłoby radości bez smutku. Nikt by nie wiedział, że to radość właśnie. Tym skwapliwiej witamy dzień, że przed nim snuła się mroczna, oślepła noc...."

Kornel Makuszyński "Awantura o Basię"

Dobranoc.
PS: Niewiele dzieci ma takie szczęście, jak moje by mieć Dziadka, który nie lubi gołębi, ale lubi gołębniki.
Domek na drzewie wybudowany dla wnuków. I trochę wiosny.

poniedziałek, 12 listopada 2012

Zaległości!!!!

Poniedziałek.
Jak co tydzień: Rzucam się do szukania pracy.  Z tą różnicą, że dziś wypada akurat termin wizyty w PUP-ie (uwielbiam tę nazwę. Przebija ją jedynie Duży Urząd Podatkowy). Dziś ofert brak. Dostałam listę stron internetowych, gdzie se sama mogę poszukać. Stanowisk refundowanych dla matek po wychowawczym - brak. Kwalifikuję się natomiast do robót publicznych. Z tym, że robót publicznych brak.
Wyprawa do Centrum (chociaż niby mieszkam w centrum) no to od razu kolejne pieczenie na ten sam ogień. Bank i Poczta.
W Banku psuję komputer. Posiadam jakieś dziwne właściwości - jestem niekompatybilna z urządzeniami elektronicznymi. Nie powinnam tu o tym pisać, bo podają ten adres w CV. I teraz potencjalni pracodawcy będą mieli dowód, że się nie nadaję. Nie dlatego, że od pięciu lat byłam na wychowawczym i nie mam doświadczenia w branży B2B, ani w sprzedaży bezpośredniej, ale dlatego, że zawieszam komputery. Mam Europejski Certyfikat Umiejętności Komputerowych, ale to nic! Piszę bezwzrokowo na klawiaturze, ale to nic! Każda transakcja, zamieszczenie zdjęcia na blogu, czy zakupy przez internet kończą się katastrofą.
A potem Poczta, bo przecież musiałam odesłać nożyczki. Dziękuję za słowa wsparcia dotyczące moich nieudanych zakupów. Przy okazji chciałam odesłać papier, bo akurat okazało się, że ma skazę... Zadzwoniłam, ale nie przedstawiałam się zbyt dogłębnie - z wynurzeniami, że to ja, ta wiecznie niezadowolona. Najmilszy sprzedawca na świecie. "Oczywiście proszę papier odesłać na nasz koszt". Wyślą i gratisik i w ogóle przepraszają. Jak wspomniałam, że nożyczki też odeślę, to Panu zadrżał głos...
No, nic musiałam pójść na pocztę. Godzina 12. Przy okienku jedna osoba. Poezja. Wysyłka priorytetem 4 PLN. Przy okazji nadałam też inną przesyłkę. Szkoda, że nie ze znaczkiem.
Jeszcze kilka wysyłek czeka mnie przed świętami. Między innymi dlatego, że zgłosiłam się na swoją pierwszą wymiankę  U monique.
...

 Tyle spraw bieżących, a teraz tytułowe zaległości. Weekend spędziłam bardzo kulturalnie. Muzeum, Teatr i takietam w Czekoladziarni.

O wyprawie do Muzeum na wykład już wspominałam.


Wykład przeprowadzony przez p. Joannę Puchalik, historyka z Muzeum w Gliwicach, był dowodem na to, że w gazetach nie zmienia się prawie nic. No może trochę spada jakość.










Moda jak była tak jest, listy do redakcji, reklamy, product placement...


Co jednak dla nas najważniejsze stare gazety miały opisy robótek!!

Der Bazar. Gliwitz były przecież nie tylko niemieckie, ale też niemieckojęzyczne.
Jednak obłędnie czytelna grafika wystarczy, nieprawdaż??

 Kiedy usłyszałyśmy ten opis aż jęknęłyśmy z zachwytu!! Przecież to szydełko tunezyjskie!! Okazuje się, że  w tygodniku "Kółko domowe" technika ta została opisana już w XIX w.!!!

Z panią Asią mamy nadzieję zobaczyć się w Czekoladziarni, bo jak sama mówi ma ręczne ADHD...

 Dzięki temu wyznaniu nie było mi głupio, że przez cały wykład sobie sztrykowałam. Mam takie szare, nudne na drutach 3,25, które bardzo chciałabym już zwolnić. Ścieg telewizyjny, jak mawia Kokotek, więc sobie mogę pozwolić na słuchanie wykładu. Pech chciał, że jeszcze w domu nie zostawiłam dziury na rękaw!!
 Na lewy rękaw odłożone oczka, a na prawy po drugiej stronie wzoru (to Dahlia, ale korzystam tylko z ażuru resztę wymyślam sama) już nie!
Postępowanie zgodnie z procedurą:
1. SMS do Izy i Bes. Prośba o wsparcie mentalne.
 2.Wyszukałam 33 oczka, które powinnam była odłożyć.
 3. Nożyczki przecinają trzecie oczko w rzędzie piętro wyżej (żeby został ogonek do przywiązania)
 4. Pruję rząd powyżej (tu poniżej, ale w robótce powyżej) a kolejny rząd łapię na dodatkowy drut.

 Tu na poniższym zdjęciu starałam się pokazać rozciągnięty pruty rząd.
 5. Szczęśliwe zakończenie.


 Do Teatru Korez wybrałam się w sobotę z małżonkiem, na zaproszenie naszego wspólnego znajomego.
 Jeśli mieszkacie w okolicy felietony Peadara możecie znaleźć w katowickim wydaniu Gazety Wyborczej.
Płakałam ze śmiechu. Chociaż spojrzenie z zewnątrz na nasze przywary narodowe dało dużo do myślenia.
Troszkę w temacie, a troszkę jak Filip z konopi powiem, że czułam się wyjątkowo kobieco, nie tylko dzięki obecności wspomnianego męża, ale też dlatego, że założyłam:
... no dobra DOŚĆ.
Miłego dnia!

czwartek, 8 listopada 2012

Idzie jeż.


Pamiętacie jeża? Krótki opis wykonania zamieściłam na naszym blogu z bajkami.
Na balu u Pana Muchomora stawił się m.in. nietoperz (decyzja niepodważalna mojego dziecka, skrzydła ze spodni, kapelusik z masy papierowej + make up, a raczej make upsss),
pająk (co mo klawe życie)  i pszczółka (tu wykazałam się jedynie na policzku)

Przyleciała również sowa (głowa z masy papierowej, skrzydła z bolerka sukni ślubnej, ale nie mojej) make robiła sowie mama. O wykonaniu głowy sowy może też coś napiszę....


Przykicał również pewien mały zajączek dla którego wydziergałam ogonek. Uszka niestety wykonałam na gumce - a nie wiedziałam, że ten akurat szaraczek tego nie lubi. To chyba pierwszy raz w życiu jak przymocowywałam własnoręcznie wykonaną dzianinę za pomocą zszywacza do masy papierowej. Strasznie się ustarałam i bardzo chciałam, żeby wyszło dobrze... no szkoda.
To najlepsze zdjęcie ubranego ogonka jakie udało się wykonać.












Po balu po Zofkę przyszła rodzinka co się chciała wkręcić na krzywy ryj, ale pokażę Wam tylko zdjęcia głowy dzika z piekarnika.... Zapewniam, że na tatusiu wyglądała znacznie lepiej...
Dobrej nocy.

Wyprawa do muzeum

 

Bliżej przeszłości: Vouge w XIX wieku - co czytały modne gliwickie prababki?
Piątek, 09 listopada 2012, Willa Caro, godz. 17.00
Skąd w XIX wieku można było wziąć informację o najnowszym trendzie co do ilości fałd na spódnicy? Gdzie można było dowiedzieć się, co aktualnie ubiera się w Paryżu wychodząc do opery? I przede wszystkim, gdzie znaleźć wzór na „pieska do obcierania piór”? Takich  informacji nasze modne prababki szukały w gazetach. Jakich? O tym podczas kolejnego wykładu z cyklu Bliżej przeszłości. W piątek, 9 listopada o świecie dawnej prasy kobiecej i magazynach dla pań sprzed stulecia opowie w Willi Caro Joanna Puchalik – historyk Muzeum w Gliwicach.

Wybieramy się z dziewczynami z Czekoladziarni do muzeum na wykład...

Nie zdążyłam się Wam pochwalić, bo było to w czasach, kiedy nie potrafiłam zamieszczać zdjęć... jakieś trzy tygodnie temu na nasze spotkanie wpadła przemiła Pani - zapytała czy to spotkanie i podarowała nam całą teczkę wzorów haftów - po czym zniknęła równie szybko jak się pojawiła, tak, że nie zdążyłyśmy jej nawet podziękować.

Wśród wzorów znalazły się między innymi ponad stuletnie dodatki do francuskojęzycznych periodyków dla pań.
Wydaje mi się, że powinnyśmy to wszystko ładnie zeskanować i rozpowszechnić w sieci najszerzej jak się da - wzory są absolutnie przepiękne. 
Na spotkaniu dołączyli do nas Kalina i Przemek - niestety nie są z Gliwic, dlatego nie będą mogli bywać regularnie. Nauczyli się robić na paluszkach - nie śmiejcie się! To w gruncie rzeczy bardzo czuły sposób spędzania razem czasu. Po co się tylko smyrać, jeśli przy okazji smyrania, może powstać szalik.
Mam nadzieję, że nie potraktowali spotkania z nami jak tytułowej "wyprawy do muzeum".


PS: A tutaj (klik) możecie zobaczyć jak wyglądają dobrodzieńskie spotkania jesienią.

środa, 7 listopada 2012

Skąd tyle jadu?

Dużo się w mediach ostatnio mówi o języku nienawiści. Już nawet nie chodzi o politykę. Internet kipi od wynurzeń anonimowych  frustratów. Tak bardzo staram się trzymać od tego z daleka, nie czytać głupich artykułów i jeszcze głupszych komentarzy. Jest coś w tej sieci takiego, co pozwala wrednym ludziom wyżywać się na innych.
Cały czas powtarzam sobie, że nie - na blogach się to nie zdarza (Ciocia ostatnio zobaczyła, że mam same pochwały za czapkę) no bo umówmy się - jak coś Ci się nie podoba to siedzisz cicho, klikasz dalej, albo przechodzisz na innego bloga. Boję się, że wywołuję wilka z lasu i że jeszcze po prostu nie trafił mi się żaden troll (wiedzieliście, że Muminki to trolle?).

No i ostatnio dopadło mnie przy zakupach internetowych, a nawet nie przy zakupach towarów tylko przy zamawianiu usług w postaci przecięcia kartek na pół. Nawet nie wiem czy Panowie, bo nikt się nie podpisywał pod mailami, zażyczyli sobie rysunku więc wykonałam rysunek zeskanowałam i przesłałam w jpg. Nie wpadłam na to, że w Wordzie jest "funkcja rysowanie", a i pracownicy sklepu tego nie podpowiedzieli. Kazali w wordzie. Wkleiłam do worda. Skwitowali mnie, że rysunek jest wykonany bez należytej staranności (chodziło o zgięcie i  przecięcie kartki na pół!! nie o operację na otwartym sercu - podałam wymiary w mm)  i że ma być czytelny. Cała usługa miała zostać wykonana na moją odpowiedzialność...?
Rozumiem, że nie przyjęli by zwrotu przeciętych na pół kartek, ale gdyby im się omsknęła gilotynka i nie było kątów prostych to też byłaby to moja odpowiedzialność??
Chciałam się spinać i robić rysunki techniczne (:-)) z wykaligrafowanymi cyferkami, ale zamawiając tę usługę miałam ochotę zaoszczędzić czas, a nie marnować go. Mimo, że napisałam, że zapłacę po pierwszym, dwukrotnie otrzymałam maila ponaglającego w temacie wpłaty. Zrezygnowałam z dodatkowych usług.
Na moje oburzenie odnośnie odpowiedzialności przeczytałam "Klient ma zawsze rację" - już nie odpisywałam, że chyba im się coś pomyliło i chcieli napisać "nasz klient nas Pan", bo to raczej to powiedzenie miało by tu zastosowanie.
Nadeszła paczka.
 Gratuluję firmie kurierskiej lojalnego kontrahenta. Cenne powietrze z najczystszych rejonów Polski powinno być traktowane jak najcenniejszy ładunek.
 Paczka miała rozmiar A4 a przyszła w kartonie "po telewizorze".

Zdjęcie z aukcji sklepu
 Zamówiłam nożyczki nr 6 i 7 dostałam - i owszem szare i niebieskie...
Napisałam więc:
"Dzień dobry,

Otrzymałam dziś paczkę. Bardzo dziękuję za przesłane materiały. Wszystko się zgadza, oprócz wzoru nożyczek, które zamówiłam.
Zaznaczyłam, że mają to być nr 6 i 7, tymczasem otrzymałam szare i niebieskie nożyczki (tak jak było na zamieszczonym przez Państwa zdjęciu) ale o zupełnie innym wzorze.
Co proponujecie w takiej sytuacji?
Pozdrawiam,

Tu pełne imię i oba nazwiska"

otrzymałam odpowiedź:
"witam,
proponujemy postępowanie zgodnie z obowiązującym w tym kraju prawem dot. zakupu przez internet.
proszę przesłać towar do reklamacji na łódzki adres.

 "
koniec cytatu. Pomóżcie mi wyszukać słowo "przepraszam" w tym mailu, bo chyba mam zmęczone oczy.
Słowo daję, korciło mnie na elaborat, o tym kartonie i o tym, że wcześniej wytykali mi niestaranność przy rysunku i że powinnam czytelnie to i tamto. Nie. Schowałam dumę do kieszeni. Starałam się serdecznie, bez wyzywania, że przez patałachów stoję z robotą.
Na stronie sklepu nie ma regulaminu. Nie dostałam również z paczką paragonu. Jak mam to teraz załatwiać?

Nie lubię, nie lubię (jak ktoś nie wie o co chodzi to proponuję 8 minutę zamieszczonego filmiku)

No nie lubię, ale trzeba rozluźnić mięśnie.

Nie znoszę kupować przez internet - wyjątkiem są zakupy z dziewczynami z Czekoladziarni.